Kiedy uzyskałam tytuł magistra w Krakowie, postanowiłam zabrać pociąg do mojego rodzinnego miasta, i zostać tam na kilka tygodni.
Chciałam odpocząć, zabrać przysłowiową przerwę przed dorosłym życiem. Pewnego dnia po prostu wstałam z łóżka i zapytałam samą siebie, co ja właściwie chcę robić w moim życiu. Studiowałam Zarządzanie i Ekonomię, więc moją pierwszą myślą była praca w korporacji. Zaczęłam sobie wyobrażać moją przyszłość w biurze wśród ludzi, których prawdopodobnie nigdy nie będę w stanie polubić, i powiedziałam nie - zdecydowanie tam nie pasuje.

W efekcie postanowiłam rzucić pracę i wyprowadzić się z Krakowa. Zamieszkałam w Londynie. W innym miejscu wśród innych ludzi. Zaczęłam wszystko od nowa. Było ciężko, momentami bardzo ciężko. Wiedziałam, że nie ma odwrotu - muszę się tu odnaleźć. Pierwszy miesiąc był jak wyciągnięty z życia - tęsknota, płacz i niewiedza, co dalej. 

Pewnego dnia jednak zaczęłam dostrzegać piękno otaczającego mnie świata. Zaczęłam tak po prostu uśmiechać się do ludzi i dostawać uśmiech
w zamian. Poznałam wspaniałych ludzi, znalazłam pracę - szczęście do mnie wróciło. Z życia czerpałam najwięcej, jak się dało. Chodziłam na długie spacery, zwiedzałam lokalne atrakcje, spędzałam godziny w muzeach, czy też w parku, ze znajomymi. Wszędzie mnie było pełno, ale czegoś było mi jednak brak. Długo nie potrafiłam odnaleźć odpowiedzi na to pytanie, aż do czasu...

To była sobota, wczesna jesień, Wracałam do domu po drugiej zmianie z pracy. Było już dość późno, w dodatku padał deszcz. Wysiadłam na przystanku zaraz obok domu. Mijam zakochaną parę i chłopaka, który nieśpiesznie podąża w tym samym kierunku. Przyśpieszam kroku - chcę jak najszybciej wrócić do domu. Zaraz po tym słyszę tylko trzask. Odwracam się i to, co zobaczyłam, odmieniło moje życie.

Widzę dziewczynę, która klęczy przed leżącym na ziemi bez ruchu chłopakiem. Widzę auto, które chcąc uciec z miejsca wypadku, wjeżdża w znak, który na moich oczach niefortunnie spada na chłopaka obok mnie. Chłopak jeszcze przed sekundą stał nie cały metr ode mnie, a jeszcze parę sekund wcześniej, to ja stałam na jego miejscu. Widzę wszystko jak spowolnionym tempie. Ludzi biegnących z pomocą, odjeżdżające z piskiem opon auto, policjantów zadających miliony pytań... Widzę wszystko, ale nic nie jestem w stanie zrobić.

Ocknęłam się. Policjant proponuje, że odprowadzi mnie do domu. Mieszkam tuż za rogiem - obejdzie się. Wyjmuje telefon, jedyne czego chcę w tej chwili to móc wpaść ramiona bliskiej mi osoby. Bezwstydnie wypłakać wszystko i poczuć się tak, jakby wszystko, co się tu wydarzyło przed chwilą, nigdy nie miało miejsca. Wybieram numer, chociaż nie liczę, na odpowiedz. Jest pierwsza w nocy, a w Polsce jeszcze później. Gdy miałam się już rozłączać, po drugiej stronie rozbrzmiał się jakże oczekiwany przeze mnie głos. Telefon odebrała M - nie spała, jakby wyczuła to, że będę jej potrzebować.

Byłam w totalnej rozsypce. Czułam się tak, jakbym właśnie oszukała przeznaczenie, czułam po prostu, że powinnam to być ja... Opowiedziałam M wszystko w totalnym bełkocie - mieszając śmiech z płaczem. Ona jednak wysłuchała mnie do końca, a gdy już skończyłam, zadała tylko jedno pytanie. Zapytała mnie o moje marzenia - te długoletnie i niezrealizowane. Bez zastanowienia odpowiedziałam jej, że zawsze chciałam napisać biografię mojego dziadka. Człowieka, którego doceniłam krótko przed jego śmiercią. Człowieka, który zdecydowanie jest moim największym autorytetem.

Marzenie to zapoczątkowało się we mnie, gdy byłam małą dziewczynką. Mój dziadek odkąd pamiętam, prowadził pamiętnik. Zapisywał w nim wszystko, zarówno błahe sprawy dnia codziennego, jak i ważne wydarzenia z życia rodziny. Zaczął go prowadzić już jako młody chłopak. Opisując młodzieńcze lata studiów, lata pracy, a później lata spędzone na emeryturze. Pewnego dnia jako dziecko zauważyłam, że dziadek siedzi w pokoju otoczony milionami papierów - siedzi i piszę coś z zapałem na starej maszynie do pisania. Zapytałam go, co robi, on spojrzał tylko na mnie, wstał z krzesła i zaprowadził mnie na strych. Pokazał mi pełne kartony swoich wieloletnich zapisków, a także gazety kolekcjonowanych chyba przez całe życie z pozaznaczanymi długopisem ważniejszymi fragmentami i komentarzami dziadka. Powiedział, że atrament już powoli traci swoją intensywność
i zdecydował się przepisać na maszynie, co po niektóre ważniejsze wspomnienia. Dla mnie, dla dziecka, którym wtedy byłam, było to jak kupa niepotrzebnych nikomu śmieci. Zapytałam go, po co to robi. Uśmiechnął się tylko do mnie i powiedział, że robi to dla nas, dla mnie i dla moich braci.
Dziadek zmarł w 2010 roku, a rok później moja babcia spaliła wszystko, co tylko po dziadku zostało. Długo nie mogłam pogodzić się z tym faktem
i chyba dalej mam z tym problem.

Pod koniec 2016 roku powstał blog Big City Life by Czekaj opisujący moje życie i moje podróże. Blog to przede wszystkim realizacja osobistego projektu, który zakłada życie w dużych miastach. Dodatkiem do tego są relacje z odbytych podróży, które przyjmują formę pamiętnika - na cześć i pamięć mojego dziadka. 

Big City Life by Czekaj jest autorem projektu "Wyślij sobie pocztówkę", który jest efektem mojego zamiłowania do tradycyjnego wysyłania wakacyjnych pozdrowień dla bliskich. Program polega na wysłaniu czterech pocztówek z każdej mojej wyprawy, a także z miejsca, które obecnie zamieszkuję. Liczba nie jest przypadkowa - cztery pocztówki oznaczają cztery strony świata. Kartki zostają wysyłane do czytelników bloga po rozstrzygnięciu wcześniej ogłoszonego konkursu. 



Klaudia Czekaj

                                                                                                                                                                                                                                         
                                                                                                                                                                                             












"Jeśli Twoje marzenia cię nie przerażają, to znaczy, że są za małe"

Richard Branson